Kto szuka, ten znajdzie:

środa, 20 lipca 2016

Pobudka-łazienka-kawa, czyli różne oblicza rutyny

Zastanawialiście się kiedyś czym jest rutyna? Z pierwszą myślą powoduje u mnie negatywne odczucia, jednak jakby się nad tym zastanowić, rutyna może być całkiem przyjemna. Myślę, że jej charakter zależy od sytuacji, w której występuje.

Na ogół ludzie starają się jej unikać, bo jest dla nich synonimem nudy, przyzwyczajenia, zużycia, starości. W wielu przypadkach to popieram. Uważam, że nowe doświadczenia i przełamywanie swoich barier, to najlepszy sposób na ciekawe przeżycie wyliczonych dla nas dni. Ale czy rutyna to samo zło? Spójrzmy na nią trochę bardziej optymistycznym okiem. To, co dla jednego wydaje się być nudne, dla innego będzie dawało poczucie bezpieczeństwa, stałości. Pojawia się pytanie: kiedy ta stabilność pomaga, a kiedy zamienia nas w nudnych staruszków?

Dla przykładu poranna rutyna to moje wybawienie. Prawdopodobnie, gdzieś na odległej planecie perfekcji, istnieją ludzie, którzy budzą się idealnie wypoczęci, którzy nie mają ochoty zniszczyć swojego budzika za każdym razem kiedy dzwoni, którzy z ochotą szykują się rano i zaczynają swoje obowiązki. Prawdopodobnie. Ja z pewnością do nich nie należę. Przebudzenie się rano i wstanie z łóżka po pierwszym - no dobra, macie mnie - po piątym budziku, jest u mnie porównywalne z przebiegnięciem maratonu. To, co sprawiło, że mój sen wydłużył się o te (cenne jak nowa para butów) piętnaście minut, to poranna rutyna. Powtarzany każdego poranka schemat działań, który raz mi podpasował, pomógł mi przeżyć te dwanaście lat szkolnej edukacji i mam nadzieję że pomoże przeżyć te (oby) 3 lata studiów i nieskończenie wiele lat pracy. Chyba, że trafię szóstkę w totka, wtedy przechodzę w stan serialowej hibernacji. Jakakolwiek rutyna, która pomaga nam w utrzymywaniu - jak ja to mówię - ładu i składu w naszym życiu, jest jak najbardziej dobra.


Jednak wszystko ma swoje plusy i minusy. Miejscem, w którym nuda i nawyki się nie sprawdzają, jest związek. Bycie z kimś to dość absurdalna sprawa. Najpierw rozmawiamy, starając się, by wszystko co nowe stało się normą, a potem przychodzi walka z rutyną, aby norma zamieniła się w nowość. Jeśli nie zwalczymy  przyzwyczajeń w związku, najzwyczajniej w świecie zacznie nas on nudzić. Spontaniczność, odrobina tajemnicy, zdobywanie nowych doświadczeń; to te motylki, które wiercą nam w brzuchu. Jedyne o co musimy robić to utrzymać motylki przy życiu. A trucizną na motyle jest rutyna.

Ważną rzeczą jest poszerzanie swojej strefy komfortu i rezygnacja z przyzwyczajeń, jednak często są one zbawienne, dlatego zamiast wypowiadać się za i przeciwko nim, powinniśmy skupić się na ocenie, gdzie nie są przeszkodą, ale nieocenioną pomocą.



poniedziałek, 11 lipca 2016

Odpuszczanie - sztuka czy lenistwo?

Odpuszczanie w życiu jest jedną z rzeczy, o których decydujemy sami. Nikt nie może nam narzucić, kiedy odpuścimy sobie staranie w pracy, walkę o drugą osobę, wysiłek w kształtowaniu samego siebie. Oczywiście ktoś może na to wpłynąć, ale sama decyzja wychodzi od nas. Kiedy więc pojawia się ten moment, w którym powinniśmy porzucić swoje starania?

Jestem świeżo upieczoną w przyprawie stresu i bezsenności absolwentką liceum, w tym roku pisałam maturę. W trakcie przygotowań przyszedł taki moment, w którym musiałam odpuścić sobie naukę z wielu przedmiotów, aby mieć siłę i czas na te, które liczyły się dla mnie najbardziej. Mimo, że nie należałam do największych prymusów, a prace domowe częściej odrabiałam w szkolnej toalecie, niż na własnym biurku, to moment, w którym zdecydowałam odpuścić jakiekolwiek, choćby najmniejsze staranie z zajęć nieprzygotowujących mnie do matury, był momentem kluczowym.
W mojej głowie narodziła się przestrzeń, możliwości, tylko dlatego że zdecydowałam się coś z niej wyrzucić.

Będąc zrozpaczoną gimnazjalistką poszukującą prawdziwej miłości w tym smutnym świecie, jak zawsze z każdą rozterką udałam się do kościoła. Pytałam Boga dlaczego nie może zesłać mi jakiegoś przystojnego gimbuska, aby mógł spełnić moje marzenia? Mimo, że były to tylko pragnienia 14 latki, to dostałam odpowiedź satysfakcjonującą mnie po dziś dzień. W czasie kazania ksiądz powiedział:

Czasem, aby w naszym życiu pojawiła się jakaś zmiana na lepsze, musimy zrobić jej miejsce, odpuszczając sobie coś innego.

Czy to możliwe, że życie człowieka jest jak lodówka? Czy aby móc wsadzić do niej dzisiejsze spaghetti, musimy najpierw pozbyć się zupy z zeszłego tygodnia? Myślę, że tak. A wyrzucenie zupy w życiu oznacza odpuszczenie. Aby dostać lepszą pracę musimy rzucić tą, którą mieliśmy do tej pory. Aby zacząć spotykać się z nową osobą, musimy przestać widywać starą. Nic w życiu nie zmieni się samo, dopóki sami nie zdecydujemy, że chcemy zmiany. A zmiany są dobre.

Moim zdaniem odpuszczanie może być zarówno sztuką, jak i lenistwem. Pomiędzy nimi jest cienka granica, w której znajdują się wszystkie nasze pragnienia i chęci, jak i możliwości i ambicję. Kluczem do szczęścia jest decyzja, którymi z nich chcemy kierować się w życiu? Jest to ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony, dla przykładu strony kariery i pracy, często determinacja i uparte dążenie do wyznaczonych celów może wyjść nam na dobre. Z drugiej strony często może prowadzić nas do ślepego zaułka, w którym uświadamiamy sobie, że tylko traciliśmy czas. Dlatego uważam, że sama decyzja o odpuszczeniu jest jedną z najcięższych decyzji do zrobienia. Nie znając przyszłości zadajemy sobie pytanie: czy będę tego żałować?

Strach przed żalem i pretensjami do samych siebie często paraliżuje, odwodząc nas od myślenia. Często odwlekamy podjęcie decyzji i nie odpuszczamy przez lęk, ale co byśmy zrobili, gdyby go nie było? Sama ta myśl może niektórych przerazić. Jestem wielką fanką Harry'ego Pottera. Czytając szóstą część o Księciu Półkrwi Harry, w nagrodzie za sporządzenie najlepszego eliksiru w klasie, dostał fiolkę z eliksirem szczęścia, który powodował, że wszystko co zrobi się po wypiciu go, kończy się sukcesem. Co byśmy zrobili, gdybyśmy mieli pewność, że nam się powiedzie?

W moim przekonaniu marzenia grają tutaj największą rolę. Prawdopodobnie wielu chłodno myślących realistów w tym momencie pomyślało, że tylko głupcy kierują się w życiu marzeniami. Będąc jednym z tych głupców uważam, że wolę zginąć walcząc o własne szczęście, niż żyć z myślą, że nawet nie podjęłam ryzyka. Dlatego jeśli robicie coś, co nie prowadzi do realizacji Waszych marzeń, nie wahajcie się, aby odpuścić.

Często trzymamy się utartych schematów i etykiet. Pół czyjejś rodziny to lekarze, więc i on musi nim być, mimo, że chce być prawnikiem. W czyimś środowisku nie toleruje się osób homoseksualnych, więc ukrywa on swoją orientację, żeby nie odstawać. Ile razy idziemy na tak zwany kompromis, co jest całkiem przyjemną, zamienną nazwą odpuszczania naszych pragnień ze strachu? Te tragedie dzieją się dookoła nas, więc jeśli marzycie o wolności do bycia sobą, to bądźcie na tyle odważni, żeby być oraz pozwolić innym być.

Walczmy o ten świat, bo to wszystko co mamy.




niedziela, 10 lipca 2016

W poszukiwaniu własnego ja

Ponad 10 lat temu powiedziałam do swojej siostry:

-Wymyśl mi osobowość, bo nie wiem kim jestem.

To zdanie było jednym z tych kilkunastu wycinków pamięci z dzieciństwa pamiętanych w wieku 18 lat.Wciąż tkwiło w mojej głowie, przypominając o sobie w chwilach słabości. W głowie narodziło mi się pytanie: czy istnieje coś takiego jak cechy genetyczne? Coś co płynie w naszej krwi od zawsze? Czy to środowisko w jakim żyjemy nas kształtuje? Czy nasz umysł jest tak jak uznawali wyznawcy empiryzmu niezapisaną, czystą kartką papieru zapisywaną wraz z gromadzonym doświadczeniem?

Większość nastolatków w momencie decydowania o swojej przyszłości nie ma pojęcia kim jest, a co dopiero kim chce być. Żyjemy z dnia na dzień, nie skupiamy się na tym, żeby poczuć każdy dzień.Znieczulamy się na emocjonalne rozdarcie spowodowane nieznajomością odpowiedzi na dręczące nas pytania.

Dlaczego przywołałam to zdanie wypowiedziane za dzieciaka? Ponieważ uświadomiłam sobie, że po tych 10 latach nic się nie zmieniło. Jestem osobą wierzącą, chodzę do kościoła, na pielgrzymki, jeżdżę na czuwania. Na jednym z nich, przy spowiedzi ksiądz zadał mi pytanie: kim jesteś? Mając 18 lat, jako teoretycznie dorosła osoba, nie wiedziałam jak odpowiedzieć na to pytanie.

Czemu wątpimy w swoje cechy, które inni ludzie wymieniają jako nasze kluczowe? Odpowiedź jest prosta- wiemy o sobie więcej niż inni. Gdy ktoś twierdzi, że jestem szczera, przypominają mi się sytuacje, w których kłamałam w sposób, w który szczera osoba by nigdy nie skłamała. Jestem wesoła? A co z każdą z tych przepłakanych nocy, w których jedyne co robiłam, to przekręcałam się na drugi bok? Można tak wymieniać w nieskończoność, ale wniosek jest z tego jeden:

Żadna z naszych cech nie jest absolutna, tak jak świat nie jest tylko czarny, albo tylko biały. Życie to w większości najróżniejsze kolory palety barw w paintcie.

Zawsze wiele myśli powoduje u mnie powiedzenie ,,Jesteś kowalem własnego losu". Czy naprawdę mamy kontrolę nad wszystkim co nas spotyka? Absolutnie nie. Nie bez przyczyny los został nazwany losem. To, co nam się przydarza, to loteria. Często sekundy, czyjaś myśl czy przebiegający przez ulicę kot mogą zmienić nasz los. Zmieniłabym to powiedzenie na ,,Jesteś kowalem swojego charakteru". Oczywistością jest, że każdy z nas ma zalety i wady. Zamiast zastanawiać się nad tym kim jesteśmy, powinniśmy wyraźnie je sobie nakreślić. Jeśli czujemy, że nasze zalety są niewyraźne, a nasze zachowanie często im zaprzecza, powinniśmy nad nimi pracować, umacniać je, bo to nasze zalety kształtują całe nasze życie i relacje z innymi. Co z wadami? Wady trzeba zwalczać w każdy możliwy sposób. Z czasem nasze ,,ja'' zrobi się wyraźne jak po rutinoscorbinie, a my zaczniemy bardziej lubić samych siebie, bo kluczem do polubienia jest poznanie i zaakceptowanie.